Podaję stronę, na której znajdziecie czcionkę, którą napisane są tytuły notek. Dzięki temu efekt będzie dużo lepszy:

Blackletter686 BT

2. Zupełnie inna historia


środa, 23 września 2009 19:43:39

Zanim zacznę pisać chcę tylko uprzedzić, że w jednym fragmencie notki błędy ortograficzne itp. zostały dodane specjalnie. W której? Sami się przekonacie :)




Teraz gdy patrzę na te wydarzenia z perspektywy czasu, który upłyną, mam wrażenie, że była to sztuka napisana tylko dla mnie, która bez mojej wiedzy stała się moim życiem. Teraz wiem, że gdyby nie one popełniłabym wiele błędów, których zapewne nigdy bym sobie nie wybaczyła. Z pewnością, zostałabym kimś kto gardzi samym sobą, a jeszcze bardziej ludźmi w jego otoczeniu. Dzięki śmierci tych dwunastu ofiar i kolejnych sześciu zrozumiałam świat, który mnie otaczał. Elizabeth, która ufała każdemu i widziała to co inni jej wmawiali zniknęła. Zastąpiła ją dziewczyna o trzeźwym i racjonalnym spojrzeniu na świat. Ale o tym później, bo aby pojąć to co tu piszę musicie zapoznać się z wydarzeniami, które nastąpiły po 13 czerwca 1735 roku.

14 czerwca 1735 roku


Byłam nieprzytomna przez trzynaście godzin. Przez ten czas, wokół domu krążyła straż, szukająca mężczyzny, który uciekł przez okno na drugim piętrze, choć było niemożliwe, żeby go znaleźli. Jeśli żył powinien być poważnie ranny - w końcu to normalne przy upadku z takiej wysokości. Przynajmniej dla mnie było logiczne, że zginą. Mimo to nie znaleziono ani zwłok, ani żadnego człowieka w okolicy. Jedyną rzeczą świadczącą o tym, że był on w tej okolicy był list, który po pewnym czasie znaleziono w pobliżu biblioteki, w której pracował Henry. Z jakiegoś powodu nikt nie chciał mi powiedzieć co było w nim napisane, nie pozostało mi nic innego jak pozwolić działać wyobraźni, choć wychowywano mnie mówiąc iż wyobraźnia jest najgorszą ludzką cechą i powinno się ją tępić. Gdy tylko się ocknęłam poderwałam się do pozycji siedzącej i natychmiast tego pożałowałam. Złapałam się za głowę, która mnie gwałtownie zabolała. Wzięłam parę głębokich wdechów i podniosłam się z łoża. Zauważyłam iż jestem ubrana w długą białą koszulę nocna. W duchu podziękowałam France iż tak sumiennie wypełnia swoje obowiązki i obiecałam sobie, iż poproszę Richarda aby podniósł jej pensję.
-Pójdę sprawdzić czy Lizzy jeszcze śpi. - usłyszałam za drzwiami czyjś szept. Drzwi uchyliły się i w powstałej szczelinie pojawiła się głowa Richarda. - Elizabeth. - powiedział otwierając drzwi na całą szerokość. - Już nie śpisz?
-Nie. - odpowiedziałam, odwróciłam wzrok od drzwi i wyjrzałam przez okno jak robiłam to zawsze, gdy wstawałam. Przed kamienicą stali ludzie ze straży, którzy chcąc się wtopić w tłum ubrali się w zielone surduty, jednak niewiele im to pomogło, gdyż od kiedy rozniosła się wiadomość o śmierci Christine wszyscy zaczęli ubierać się w czarne stroje mając nadzieję, że w ten sposób uda się im wyłowić spośród tłumu mordercę, uważali oni bowiem iż on jako jedyny nie będzie chodził w żałobie. Tak więc straż bardziej przyciągała wzrok niż się maskowała. W pewnym momencie do jednego z mężczyzn podeszła kobieta i drżącym z niepokoju głosem spytała, czy była kolejna ofiara, a gdy mężczyzna nie odpowiedział na jej pytanie zaniosła się straszliwym szlochem.
-Lizzy, wiem, że to może być dla ciebie trudne, lecz pewien człowiek chce ci zadać parę pytań. Jak na razie jedyna… - przerwał jakby dopiero zrozumiał sens słów, którym niewiele brakowało by wydostać z jego ust. - W każdym razie pyta o zgodę. - wyszeptał i z zakłopotaniem odwrócił wzrok. Pierwszy raz widziałam go w takim stanie. Przeważnie był pewny siebie i nic nie mogło go wprowadzić w stan zakłopotania czy nieśmiałości.
-Niech wejdzie. - usiadłam na krześle przy oknie i nie spuszczałam wzroku z ludzi, którzy coraz częściej podchodzili do ludzi ze straży. Usłyszałam, jak Richard rozmawia z kimś szeptem na korytarzu. Nie mogłam dosłyszeć całej rozmowy, ale strzępki niektórych zdań docierały do moich uszu.
-…czy to… pomysł. - dobiegł do mnie szept Henrego.
-Mówi… wejść. - tym razem odezwał się Rich.
-… szoku… wiemy… nie bredzi.
-…wejdzie… czego będziemy… drzwiami.
Do rozmowy dołączył się kolejny głos chyba France.
-…panienka… osłabiona… odpocząć. - wyszeptała.
-Nie… mówi… może…
-… ufam… dziwny… być podejrzany… uważać… wiemy kim jest… wydaje… ale może… - France zdaje się chce ich przekonać.
-Pozwolimy… niedługo… - zdecydował Henry, a Rich i France chyba się z nim zgodzili. Po chwili usłyszałam ciężkie i zmęczone kroki France na schodach i głosy dochodzące z bawialni. Po chwili na schodach ponownie rozbrzmiały kroki France, ale towarzyszyły im również inne. Należące do człowieka, który twardo stąpał po ziemi, miał własne zdanie. Były mocne lecz jednocześnie ciche, pełne gracji, zupełnie jak kroki kota.
-Może pan wejść. - usłyszałam głos Richarda. Zdawało mi się, że usłyszałam ciche “dziękuję” lecz nie byłam pewna dopóki nie usłyszałam Henrego.
-Nie nam powinien pan dziękować. - usłyszałam, jak drzwi otwierają się z cichym skrzypnięciem. Ktoś wszedł do pokoju i zamknął drzwi z charakterystycznym stuknięciem.
-Witaj Elizabeth. - odezwał się dźwięcznym barytonem. - Rozmawiałem z twoimi bratem i narzeczonym, chyba nie są zbyt zadowoleni z tego, że chcę z tobą rozmawiać. Podobnie z resztą jak twoja gospodyni pani France.
-Richard nie jest moim narzeczonym. - skłamałam nie odwracając głowy. Nie wiedziałam czemu to zrobiłam po prostu musiałam.
-Doprawdy? Więc czemu mieszkacie pod jednym dachem? - w głosie mężczyzny usłyszałam drwinę.
-Jesteśmy dobrymi znajomymi. Rich chciał mi się oświadczyć, ale jak dotąd nie mieliśmy odpowiednich środków.
-Ale teraz macie. - powiedział.
-Jest zajęty pracą. - powiedziałam po czym zupełnie bezmyślnie dodałam. - I mam wrażenie, że coś się między nami rozluźniło.
-Doprawdy? - ledwo udało mi się usłyszeć, że podchodzi do biurka i siada przy nim
-Z tego co wiem nie przyszedł pan tu rozmawiać o moim życiu prywatnym.
-Rzeczywiście. - usłyszałam jak odsuwa się od biurka i ustawia krzesło w taki sposób, aby móc na mnie patrzeć. Ja również się odwróciłam gdyż fakt iż nie mogę dosłyszeć tego co robi drażnił mnie. Spojrzałam na niego i ujrzałam mężczyznę w wieku około dwudziestu jeden może dwudziestu dwóch wiosen. Miał włosy czarne jak smoła, których czterocalowe kosmyki układały się w nieładzie i kontrastowały z jego białą jak śnieg skórą. Patrzał na mnie soczyście zielonymi oczyma. Podobnie jak Richard nie nosił peruki, choć były one teraz modne. Był ubrany w proste czarne spodnie, skórzane buty i jedwabną, białą koszulę. Podniósł się z miejsca i zbliżył się do mnie. - Pozwoli pani, że otworzę okno? - spojrzał na mnie wyczekując odpowiedzi. - Trochę tu gorąco. - skinęłam głową, a on uśmiechnął się tylko i uchylił okiennice. Wiatr przedostał się do komnaty, rozwiał mu włosy i rozniósł po pokoju jego zapach. Zapach kwiatów, starych książek, świeżego chleba, piżma. olejku z drzewa sandałowego i cynamonu. Brakowało jedynie zapachu krwi. Wstrzymałam oddech. Zerknął na mnie i uśmiechnął się.
-Czy coś się stało? - spytał. Pokręciłam głową wyczekując reakcji, jednak on przechylił głowę i przyjrzał mi się zaciekawiony. - proszę o wybaczenie. - odezwał się, jakby popełnił największy błąd w życiu. - Zdaje się, że zapomniałem się przedstawić. Nazywam się William Thunder.
-Nie jest pan Włochem. - zauważyłam.
-Podobnie jak pani. W każdym razie chciałbym panią zapytać co pani pamięta, z wczorajszego wieczoru..
-Zasnęłam na fotelu. - spojrzałam na jego twarz w poszukiwaniu jakiegokolwiek szczegółu, który by zdradził, że już o tym wie. - Obudził mnie wiatr dostający się przez otwarte okno z tym, że nie ja je otworzyłam.
-Sugeruje pani, że ktoś ot tak wszedł przez okno na drugim piętrze? - przerwał mi, a ja spojrzałam na niego zaskoczona.
-Pani France pokazała mi, gdzie panią znaleźli. - wytłumaczył.
-Nie wiem. Może wkradł się do domu, kiedy France była zajęta czymś innym. - odparłam. - W każdym razie zamknęłam je i powiedziałam na głos, że nie otwierałam okna. Wtedy się odezwał i powiedział, że to on je otworzył. Rozejrzałam się po pokoju i zobaczyłam, że drzwi są zablokowane biurkiem. Zapytał się, czy się go boje, a kiedy zaprzeczyłam odparł, że kobiety nie powinny kłamać. - przerwałam i spojrzałam na niego. - Nie zapisze pan tego? - spytałam zaskoczona.
-Nie muszę. Mam doskonałą pamięć. Proszę kontynuować.
-Henry dał mi sztylet na wszelki wypadek, ale kiedy go szukałam nie mogłam go znaleźć.
-Pozwolił pani chodzić po pokoju? - zapytał zdziwiony. Uśmiechnęłam się drwiąco.
-Myśli pan, że te wszystkie falbany przy sukniach są tylko dla ozdoby? - w tym momencie zdałam sobie sprawę, iż wciąż jestem w koszuli, w której zwykłam spać, a na moją twarz wpłynął szkarłatny rumieniec. Pan Thunder przyjrzał mi się uważnie i po chwili wstał, wziął z mojego łóżka narzutę i podał mi ją zasłaniając przy tym oczy. Okryłam się szczelnie i kontynuowałam. - W każdym razie nie miałam go przy sobie.
-Zgubiła go pani. - pokręciłam głową.
-On go miał. Zapytał, czy sprawdzimy jaki jest ostry ten sztylet, ale najpierw powiedział, że to wyśmienity egzemplarz i muszę przyznać, że miał rację, Henry otrzymał go od mojego dziadka.
-Pani dziadka? Czy pan Sense nie jest pańskim bratem?
-Nie rodzonym. Kiedy miałam pięć lat znalazłyśmy go z moją siostrą, gdy błąkał się po lesie w pobliżu stawu, w którym mój ojciec łowił ryby. W każdym razie nie miałam czym się bronić i wtedy wrócił Richard i zaczął się dobijać do drzwi, a ten mężczyzna wyskoczy przez okno.
-Przez okno? Jest pani pewna? - skinęłam głową. - Widzę, że źle zrobiłem przychodząc w dzień po tym jak została pani napadnięta. Widać nie odzyskała pani jeszcze jasności myślenia.
--Zapewniam pana, że w jasności myślenia nic mi nie przeszkodzi, najwidoczniej jest pan tak samo ograniczony pan jak reszta ludzi.
-Co proszę? - zapytał wyraźnie urażony.
-Niech pan trochę pomyśli. Niech pan sobie wyobrazi takiego mężczyznę, który skacze przez okno.
-Nie mówili pani rodzice, że wyobraźnia to najgorsza cecha ludzka?
-Ja tak nie uważam.
-To tak jak ja. - szepnął.
-W każdym razie. Niech pan to sobie wyobrazi. Te uliczki wcale nie są szerokie. Gdyby wyskoczył przez okno w Londynie rozumiała pańskie wątpliwości, ale tutaj mógł po prostu wskoczyć na parapet przeciwległego okna. Co prawda jest to dość szeroka uliczka jak na Wenecję, ale dwa metry to dość mało dla dorosłego mężczyzny nie sądzi pan?
-Rzeczywiście. - zmarszczył brwi w zamyśleniu. Z jakiegoś powodu gdy teraz na niego patrzyłam, czułam jak moje serce powoli przyspiesza swój rytm. - Przekażę to straży. - powiedział.
-To nie pracuje pan z nimi? - spytałam zaskoczona.
-Ależ skąd. Pański przyjaciel Richard mnie wynajął abym zajął się tym osobiście. Nie wieży w to, że straż złapie tego drania. W każdym razie przyjdę jeszcze później do pani, aby, oczywiście jeżeli pani sobie coś przypomni, mogła pani zmienić zeznania. - mówił jak fachowiec. Wstał z miejsca i już miał zamiar otworzyć drzwi kiedy powiedziałam:
-Umarli także mówią. Zbyt cicho by ich usłyszeć, ale noc i mrok potęgują ich głosy, tak jak potęgują pożądanie i rządzę krwi.
-Co proszę? - spytał.
-Powiedział mi tak, zanim wyskoczył przez okno. - pan Thunder przyjrzał mi się uważnie. - To samo powiedziałam parę godzin wcześniej Richardowi. - dodałam niemal bezgłośnie.
-Do widzenia i dziękuję, że poświęciła mi pani swój cenny czas. - jego ręka ponownie zbliżyła się do klamki. - I zdaje się, że będę musiał jeszcze porozmawiać z pani przyjacielem. - dodał po czym wyszedł pozostawiając mnie samą.


William Thunder mieszkał w jednej z większych posiadłości znajdujących się na północ od Wenecji. Za każdym razem kiedy wracał do niej z zatłoczonego miasta dziękował Bogu, że stworzył tak zaciszne miejsce jak jego domostwo. Było ono ukryte pośród wzgórz, w znacznej odległości, do drogi prowadzącej do miasta. Rolę gospodyni zajmowała niejaka Carolin, młoda kobieta, która była córką pierwszej gospodyni, która umarła gdy dziewczynka była mała. William traktował Carolin jak siostrę, choć wiedział, że w głębi duszy chciała ona zostać jego kochanką. Cała służba liczyła sobie pięć osób, co w szczególności wystarczyło przynajmniej dla Williama. Oprócz młodej dziewczyny były jeszcze dwie służące zajmujące się zwykłymi pracami domowymi, stajenny i ogrodnik byli przez niektórych uznawani za duchy bo obydwoje nie lubili pojawiać się przy gościach. Ciemnowłosy wysiadł ze swojego powozu, który zostawił przed miastem zanim udał się na wizytę do ostatniej “ofiary”. Choć wiedział iż w rzeczywistości nie zaatakowała jej ta sama osoba, co resztę. Jednym powodem było to, że osoba, która zgwałciła i zamordowała pozostałe dziewczyny z całą pewnością, nie traciłaby czasu na pogawędki. Drugim powodem było to, że… Ale o tym później.

-Witam panie Thunder. - młoda, około szesnastoletnia, Włoszka otworzyła drzwi przed angielskim arystokratą. - Jak minął pobyt w mieście?
-Interesująco Carolin i proszę zwracaj się do mnie po imieniu w końcu znamy się wystarczająco długo. - przez jego twarz przemknął cień uśmiechu.
-Dobrze… Williamie. - na twarz dziewczyny wpłynął delikatny rumieniec. William zdawał się nie zwracać na to uwagi i przeszedł do bawialni.
-Carolin przyszły dziś jakieś listy?
-Owszem. - dziewczyna, która weszła do pomieszczenia tuż za ciemnowłosym podeszła do kredensu i wyjęła z niego plik listów. Jej długie czarne włosy opadały kręconymi puklami na ramiona, cynamonowa cera była gdzieniegdzie przyozdobiona piegami, a brązowe oczy połyskiwały tajemniczo. Pamiętał jak kiedyś był w niej zauroczony, jednak cieszył się, że nigdy jej tego nie wyznał bo zapewne teraz nie dawałaby mu spokoju. - Tak jak pan kazał sprawdziłam od kogo są. Większość przesłała pańska rodzina, ale są też listy od przyjaciół i takie od nieznanych mi nadawców. - podając listy swojemu panu spuściła głowę.
-Dobrze. Powiadom Johno i Marine, że wieczorem odwiedzi nas pewien młodzieniec ze swoją siostrom i przyjacielem, chciałbym, aby zostali odpowiednio przyjęci. - powiedział przeglądając listy.
-Oczywiście. - odparła Carolin i wycofała się z pokoju po czym zniknęła w jednym z ukrytych przejść dla służby, które teraz służyły tylko w ważnych sprawach, a nie tak jak dawniej do powszechnego użytku gdy ojciec Williama zatrudniał dwudziestu służących. Zielonooki otworzył jeden z listów, który przykuł jego uwagę. Rozłożył pergamin znajdujący się w środku i odczytał napisany niezgrabnym pismem, pełen błędów i bardzo krótki list.

Londyn, 10 czerwiec 1735

Kohany braciszku,

Hciałabym móc odwiedzić cię we Włoszech, ale mama mówi, że to zbyt niebezpieczne i że nie puściła by mnie nawet pod ochroną całej armii. Poznałam nową kolerzankę ma na imię Patricia. Jest bardzo miła i jest protestantką. To hyba nic złego prawda? Tatuś zabronił nam się spotykać, a kiedy zapytałam dlaczego powiedział, że protestanci są opentani. Co to znaczy być opentanym? Ostatnio widziałam Patricię na protestanckiej mszy. Mama każe nam na nie chodzić, żeby nas nie skazali za bycie katolikami. Kiedy powiedziałam, że nie hce ókrywac kim jestem powiedziała, że jeśli nie bede ukrywać, to bede musiała wyjehać jak ty. Na początku mnie to ucieszyło, ale potem stwierdziłam, że brakowało by mi papy i mamy. Proszę odpisz szybciutko.
Przesyłam całusy i ósciski od całej rodziny
Marie.

P.S. Pani Carley mówi, że moja pisownia i kaligrafia się poprawiają. Czy to prawda? Dołączam rysunek, który namalowałam gdy ćwiczyłam razem z Mary Jane.


William wyjął z koperty drugą kartkę, na której było pięć plam. Jedna zielona - stwierdził iż jest to trawa bo tuż nad nią była niebieska. Pośrodku biała i nad nią brązowa.
-To chyba dom. - mruknął. Kolejna plama była cała czarna i wyglądała jak zwykły kleks, po chwili jednak dostrzegł strzałkę prowadzącą do rzeczonej plamy, a obok napis “Braciszek”. Cała bawialnia napełniła się jego serdecznym śmiechem. Odłożył resztę listów, podszedł do kredensu, wziął pergamin, pióro i atrament po czym wrócił na swoje miejsce i rozpoczął pisać.


Wenecja, 14 czerwca 1735 roku

Ukochana Marie,
Nawet nie możesz sobie wyobrazić jak bardzo uradował mnie twój list. Jestem ci wdzięczny ci, że piszesz do mnie o tak przyziemnych sprawach w porównaniu z tym co opisuje reszta rodziny. Przyziemny oznacza, iż są to tematy związana z życiem codziennym. Dziękuję ci za twój rysunek z całą pewnością będę go zawsze nosił przy sobie. Człowiek opętany jest to ktoś w kogo wstąpił diabeł, choć wątpię aby twoja koleżanka takową była. Rzeczywiście twa kaligrafia i pisownia się poprawiają i muszę przyznać, że jeśli dalej będziesz czynić takie postępy, to twe zdolności będą nawet większe od moich. Jeśli chodzi o twoją wizytę we Włoszech to nie mam nic przeciwko. Z całą pewnością wniosłabyś wiele radości w moje progi. Możesz uspokoić matkę, iż armia nie będzie konieczna i że sam mogę się zająć twoją podróżą. Chciałbym abyś się dowiedziała iż, ja również mam nowych przyjaciół. Jednym z nich jest Richard Gordon Flew, drugim z kolei Henry Leopold Sense. Mam również nową przyjaciółkę. Z pewnością byś ją polubiła. Ma kasztanowe włosy. Nazywa się Elizabeth Victoria Sense i jest siostrą Henrego. Proszę cię tylko abyś nie wspominała o niej rodzinie.

Całuję Twój brat

William


Przeczytał list jeszcze parę razy po czym zapieczętował go i schował do jednej z ksiąg. Zapamiętał dokładnie strony pomiędzy, które go włożył po czym usiadł przed kominkiem, który Carolin rozpaliła przed jego przyjazdem. Za oknem słońce coraz bardziej skłaniało się ku horyzontowi, a on rozmyślał o tym co usłyszał dzisiejszego dnia w Wenecji. I nie chodziło tylko o słowa Elizabeth. Wypytywał także w najbardziej ponurych i biednych częściach miasta. Tuż po zmierzchu usłyszał stukot kopyt i turkot wozu na drodze prowadzącej do posiadłości. Powoli podniósł się z miejsca i podszedł do okna. Na drodze do jego domostwa pojawił się piękny hebanowy, pomalowany na biało i złoto pojazd bez dachu zaprzężony w dwa kare rumaki. Woźnica w białej peruce i, jakżeby inaczej, czarnym stroju co jakiś czas odrywał jedną rękę on wodzy i przecierał czoło chusteczką. W pojeździe siedziały trzy osoby, dwóch młodzieńców ubranych w jednakowe niebieskie stroje. Jeden z białą peruką na głowie drugi ze swobodnie opadającymi na czoło pasmami dwucalowych blond włosów, obok złotowłosego siedziała młoda dziewczyna, której długie rude włosy swobodnie falowały na wietrze, była ubrana w granatową suknię i płaszcz w tym samym kolorze, a na jej kolanach leżała peruka, która zapewne jeszcze nigdy nie przykrywała tych płomiennych włosów. William w ciszy przyglądał się jak powóz zbliża się do domu. Katem oka dostrzegł, że Carolin robi dokładnie to samo z okna w holu. Dobrze wiedział, że z tamtej strony nie może dostrzec Elizabeth i z jakiegoś powodu był z tego zadowolony. Przez dłuższy moment zastanawiał się jak dziewczyna zareaguje na widok rudowłosej i przyłapał się nawet na tym iż miał nadzieję, że będzie zazdrosna. Może wciąż czuł coś do tej dziewczyny? Wziął głęboki wdech i spojrzał w głąb swojej duszy. Nie, odpowiedział na zadane sobie pytanie. Pojazd w tym czasie się zatrzymał i pasażerowie wysiedli, a Johno podszedł do woźnicy i nakierował go jak dojechać do stajni. Przez moment zdawało mu się, że stajenny spojrzał w jego stronę i pokręcił głową, ale nawet gdyby było tak w rzeczywistości nie wziąłby tego do siebie. Usłyszał jak Carolin podchodzi do drzwi i naciska skrzypiącą klamkę. Nie mogąc się powstrzymać wyszedł do holu i stanął przy drzwiach.
-Witam państwa. - powiedziała Karolin i wpuściła gości do środka. - Oczekiwaliśmy waszego przybycia. - Richard i Henry wymienili zdziwione spojrzenia, Elizabeth z kolei zdjęła płaszcz, który odebrała od niej Carolin patrząc na rudowłosą spojrzeniem wyrażającym niechęć. Will przyjrzał się młodej Angielce i dopiero teraz dotarła do niego jej uroda, porcelanowa cera, rude włosy, żadnych piegów, ewentualnie jakieś pieprzyki w dodatku niewiele.
“Przynajmniej tam gdzie nie ma ubrania.” pomyślał lecz już po chwili skarcił się za tę myśl.
-Miło mi znowu panienkę widzieć. - powiedział całując dziewczynę w rękę. - Podobnie jak panów. - uścisnął rękę każdemu z osobna.
-I wzajemnie. - odparła Elizabeth, a Richard i Henry skinęli tylko głowami rozglądając się dookoła.
-Ma pan doprawdy urokliwe domostwo. - odezwał się Hernry.
-Dziękuję. - odparł William. - Carolin, czy Marine już nakryła do stołu? - zwrócił się do gospodyni, która miała zamiar wyjść z holu.
-Owszem Williamie. - odparła odwracając się do swojego pana. - Zapewne za parę minut kolacja będzie już na stole. - w pośpiechu wyszła z holu.
-Ma pan doprawdy uroczą kochankę. - powiedział Richard.
-Muszę cię zaskoczyć drogi Richardzie, ale Carolin nie jest moją kochanką lecz moją gospodynią.
-Doprawdy? I pozwala sobie w taki sposób odzywać się do ciebie? - tym razem odezwał się Henry.
-Sam jej tak nakazałem, znamy się od dawna. Jej matka była tu gospodynią, gdy byłem dzieckiem. A teraz pozwólcie, że zaproszę was do bawialni. - otworzył szerzej drzwi, zza których wyszedł parę minut temu. Na przedzie weszła Elizabeth, tuż za nią Richard, Henry oraz William. Blondyn usiadł wraz z przyjacielem lecz dziewczyna podeszła do kominka i spojrzała na obraz wiszący nad kominkiem przedstawiający ogród w brytyjskiej posiadłości pana Thundera.
-Lizzy usiądź koło mnie. - blondyn spojrzał na dziewczynę z czułością, jednak ta nawet nie drgnęła.
-Doprawdy udany obraz. - odezwała się po raz pierwszy od kiedy przywitał ich w swoim domu.
-Nieprawdaż? Niech panienka zwróci uwagę na postać za drzewem jabłoni na prawym końcu obrazu. - ciemnowłosy uśmiechnął się i zajął miejsce w fotelu koło kominka. Dziewczyna przyjrzała się uważniej i na jej twarzy zagościł promienny uśmiech.
-Doprawdy uroczy chłopczyk. A tu. - wskazała postać stojącą w tle obrazu, mało zauważalną dla przeciętnego widza. -Dziewczynka.
-Zadziwiające. Mało kto zauważa jej postać. Moi znajomi mówią z kolei iż ten chłopczyk to młoda dama, która nieśmiało wygląda spoza drzewa, a jak bardzo się dziwią gdy ukazuję im jak naprawdę wygląda ten obraz.
-Ten chłopczyk to pański brat? - skinął głową.
-A dziewczynka w tle to moja siostra Marie. Oboje mieli trzy lata, gdy namalowano ten obraz. Marie ma teraz pięć.
-A chłopczyk?
-Miał na imię Carol. Umarł w parę miesięcy po powstaniu tego malowidła
-Przykro mi. - powiedziała i usiadła koło Richarda, który natychmiast objął ją ramieniem.
-Mi też. - William przeniósł wzrok na swoich gości i dopiero teraz dostrzegł iż Richard i henry co jakiś czas rozglądają się nerwowo po pokoju, a Elizabeth nie jest już tak pełna energii jak popołudniu z kolei jej wzrok jest odległy jakby wpatrywała się w pustkę. - Czyżby coś się stało?
-Ależ skąd. - odparli jednocześnie mężczyźni, a rudowłosa wciąż milczała
-Skoro tak zapraszam was na kolację. Mam nadzieję, że nie czekają na was w domu z posiłkiem.
-Ależ skąd. - odparł Richard. - Powiedziałem France, że zjemy u pana i choć nie spodobał jej się mój pomysł zgodziła się aby nie przygotowywać nam posiłku. - podniósł się z kanapy po czym zwrócił się do Elizabeth jak do małego dziecka. - Lizzy kochanie, wstań, idziemy na kolację. - dziewczyna wstała lecz widać było iż jest nieobecna. William wyprowadził gości z bawialni i zaprowadził korytarzem do przestronnej jadalni, w której stal długości sześciu jardów - około pięć i pół metra - zastawiony dla pięciu osób po stronie odległej od drzwi.
-Czyżby oczekiwał pan jeszcze jednego gościa? - spytał Henry, który zdążył już zdjąć swoją perukę odsłaniając przy tym, krótko ścięte, brązowe włosy.
-Ależ skąd. Carolin zje z nami.
-Jada pan ze służbą? - spytał z pogardą blondyn.
-Nie traktuję Carolin jak służbę, tylko jak przyjaciółkę.
-W takim razie to co innego.
Przeszli przez salę i usiedli przy stole. Chwilę później przyszła Carolin i rozpoczęli kolację. Jedli w ciszy, co jakiś czas tylko Richard i Henry wymieniali porozumiewawcze spojrzenia, Elizabeth tylko chwaliła potrawy, a pyzatym się nie odzywała. Pod koniec kolacji Henry zaczął szeptać coś na ucho młodej służącej i goście wyjechali.
-Podobno wspomniałeś naszym gościom o swoim bracie. - powiedziała Carolin kiedy zostali sami.
-Owszem. Wspomniałem.
-Wiesz, że nie musiałeś.
-Opowiadałem tylko historię obrazu. - mruknął.
-Biedny Carol… - powiedziała.
-Nie wspominaj o tym proszę.
-Przecież wiesz, że... - Will odwrócił się do niej przodem i spojrzał na nią rozzłoszczony. Jej twarz ponownie spłonęła rumieńcem. Wstydziła się, lecz jednocześnie to spojrzenie budziło w niej podnietę. Serce Carolin zaczęło być szybciej. Niewiele myśląc co robi stanęła na palcach i pocałowała Williama. Nie trwało to jednak długo bo choć wydawało jej się, że ciemnowłosy oddał jej pocałunek wszystkie nadzieje rozmyły się, gdy miast ją objąć odepchnął ją od siebie i spytał rozzłoszczonym i zaskoczonym głosem:
-Co ty robisz do diabła?
-Przepraszam. - powiedziała, ale zamiast uciec w popłochu skorzystała z tego, że jej pan się zdekoncentrował i ponownie posmakowała jego ust czepiając się jego koszuli w taki sposób, aby nie mógł jej odepchnąć. Jej ręka wsunęła się pod jego koszulę i zaczęła badać doskonale wyrzeźbiony tors. Czuła jak Will stara się ją od siebie odepchnąć, ale nie przestawała go całować. W pewnym momencie została brutalnie odrzucona.
-Nie waż się tak więcej robić! - powiedział wściekłym głosem, a na jego twarzy zagościł gniew. Odwrócił się i zdecydowanym krokiem poszedł na piętro i zamknął się w swojej komnacie, jedynej do której nie było ukrytego przejścia dla służby. Jednak Carolin zachowywała się jak opętana. Uśmiechnęła się sama do siebie i zaczęła tańczyć po holu, nucąc jakąś znaną tylko jej pieśń. Postanowiła, że następnej nocy zabierze Marine klucze do pokoju Williama i sprawi by jej pan się w niej zakochał, choćby miała poświęcić własną cnotę.

Siedziałam w wozie wracającym do Wenecji. Wszystko docierało do mnie jak przez mgłę. Dom i rozmowa z panem Thunderem, kolacja. Wszystko to wydawało się odległe. Półprzytomnym wzrokiem omiotłam okolice drogi po której jechaliśmy, gdzieś przed nami migotały światła Wenecji.
-Lizzy. - usłyszałam stanowczy i zarazem czuły głos Richarda. - Niedługo będziemy w domu, nie martw się. - poczułam jak jego ręka gładzi mój policzek, zjeżdża po szyi i wzdłuż obojczyka.
“Czym mam się martwić” chciałam zapytać, ale żadne słowo nie chciało przepłynąć mi przez gardło. Henry chyba to zauważył bo spytał przyciszonym głosem.
-Nie sadzisz, że podałeś jej za dużo opium?
-Nie, ależ skąd. - odparł Richard. - Czyżbyś mi nie ufał? W końcu robiłem to nie raz, nie to co ty.
-Racja. Ale nadal. Nie rozumiem po co to wszystko.
-Ten William wydaje mi się podejrzany. Nie można mu ufać, a ona zdaje się go polubiła. Nie chcę, żeby mi była kulą u nogi bo wiesz co się z takowymi robi. - gdy przejechał dłonią po moim karku poczułam jak przez ciało przechodzi mi nieprzyjemny dreszcz. - Brakowało by mi jej.
-Są inne. - zaczął Henry. Czy to naprawdę był głos mojego brata? Jeśli tak, to dlaczego stracił to ciepło? Dlaczego był tak surowy?
-Ale ona jest jedyna w swoim rodzaju.
-Królowa Elizabeth. - wyszeptał mój brat.
-Dokładnie. Moja mała, słodka Królowa Elizabeth. - zamknęłam oczy, a żeby nie zasnąć skupiłam się na rytmie w jaki biło moje serce.
-Nie sądzisz, ze to dziwne? Ten mężczyzna, gdy była sama w pokoju?
-Widziałeś ulotkę. Pewnie, któryś z ich klientów zażyczył sobie dziewczyny o oryginalnej urodzie, a któż może się równać z Lizzy jeśli chodzi o oryginalność? Te jej kasztanowe włosy. - poczułam jak podnosi kosmyk moich włosów. - Piękne lawendowe oczy… Wystarczy jej trochę lepiej pilnować. Już poprosiłem France, żeby z nią wszędzie chodziła. W końcu wszystko dla jej bezpieczeństwa czyż nie?
Powóz zatrzymał się i w tym momencie usnęłam.

-No panowie, to będzie dziesięć sztuk srebra plus dwie złota za milczenie. - odezwał się woźnica.
-Żartujesz sobie Marco? Z tego co wiem to ty mi jesteś winien pieniądze za panienkę z zeszłego miesiąca. - oburzył się Henry. - A już nie wspomnę o sumie jakiej nie dałeś Richardowi za realizację twojej prośby.
Marco zamilkł. Richard wziął rudowłosą na ręce podczas gdy Henry przyzywał gondolę. Ruszyli i łódź zakołysała się niebezpiecznie. Koło nich przepływały różne łodzie z roześmianymi pasażerami, co jakiś czas do mężczyzn docierały lubieżne krzyki lub pozdrowienia znajomych, do których normalnie by się nie przyznali.
-Hej Henry! - gdzieś obok nich rozbrzmiał głos pewnego grubego bogacza, który na jednym z bankietów próbował włożyć rękę między nogi Elizabeth. - Ile za tę panienkę? Mówią, że rude są ostre w łóżku!
-Nie sprzedam ci mojej siostry Truscotti! - odkrzyknął Henry.
-Szkoda! Dużo byś na niej zarobił! Radzę ci ją dać do swojego burdelu!
-Nie ma szans! Jest ode mnie starsza!
-Ale to ty jesteś mężczyzną w tej rodzinie, a papierami zawsze się mogę zająć. Dzięki mnie znów będzie miała czternaście lat! Ale umowa jest taka, że pierwszy mam wstęp i to za darmo! - kazał zatrzymać się gondolierowi, a brunet zrobił to samo. - Najlepiej daj mi ją tu od razu porzecze na jedną noc i oddam. No chyba, że mi się spodoba to będziemy się targować. I kto wie może sprzedasz mi tą małą.
-Towar nie na sprzedaż. - warknął Richard.
-O! Nasz blondasek! Zapomniałem, że ta mała w pewnym sensie jest twoja. Zapłacę ci za nią dwa razy tyle co Henremu bo w końcu to ty stracisz na dupie nie on! - kanał rozbrzmiał śmiechem bogacza.
-Zamknij się grubasie. - warknął.
-Uważaj co mówisz, bo sobie u ciebie zamówię tę małą. Ale nie martw się, zajmę się nią odpowiednio, a po wszystkim i tak wezmę do siebie. Wiem, że mi nie odmówisz, bo żadnym pieniądzem nie gardzisz. Ale jeśli będziesz grzeczny to się z tobą tą małą podzielę przy robocie. Tez sobie kawałek weźmiesz. - sprośny uśmiech wpłynął na twarz mężczyzny. - Chyba, że mogę być drugi w kolejce, ale po tym blondasie. - zwrócił się do Henrego. - W końcu to jej narzeczony więc będzie tak jakby ani razu nie była wzięta.
-Pogadamy o tym później dobra? - powiedział Henry i nie czekając na odpowiedź kazał ruszyć gondolierowi.
-Jeszcze raz się ten facet odezwie do nas w taki sposób, a go zarżnę jak świnię, którą zresztą jest. - mruknął Richard.
-Daj spokój. Taką mam pracę. Handluję dziewczynami i już. Musisz się przyzwyczaić do takich tekstów.
-Ale ona by nie chciała być sprzedana. - blondyn przejechał ręką po policzku dziewczyny.
-Przecież już się sprzedała. - parsknął Henry. - W dodatku za głupi pierścionek. Moje dziewczyny przynajmniej znają swoją minimalną cenę. Jak Carolin. - na jego twarzy pojawił się zboczony uśmieszek.
-Ta służka Thundera jest twoją dziwką?
-Oczywiście. I nie marzy o niczym innym jak byciu kochanką swojego pana. A gdybyś widział ilu klientów do mnie sprowadza. Z resztą nic dziwnego. Jest dobra w tym co robi.
-Byłeś z nią? - blondyn ożywił się nieco i oderwał rękę od swojej narzeczonej. Brunet skinął głową. - Jaka jest?
-Smaczna. Umówię cię z nią na jutro. W końcu nie masz jutro żadnej pracy. - spojrzał na swoją rudowłosą. - Gdyby tylko wiedziała ile kobiet miałeś oprócz niej.
-Chyba się nie wygadasz?
-Ależ skąd. Z reszta ja też na tym zyskam. Podoba mi się od kiedy skończyłem dwanaście lat, a teraz będę mógł mieć coś co do mnie rzekomo nie mogło należeć.
-Zakochałeś się w dziesięciolatce. - parsknął Richard.
-Jesteś moim starszym bratem. Powinieneś wiedzieć, że tak mamy. Poza tym wcale nie jesteś lepszy. Kiedy dowiedziałeś się, że muzułmanie żenią się z ośmiolatkami a w dodatku mogą mieć wiele żon chciałeś zmienić wiarę.
-Nie powiesz mi, że to nie jest kusząca propozycja.
-Jesteśmy gorszymi zboczeńcami od tych wszystkich ludzi, którzy chodzą po burdelach. - stwierdził Henry.
-I co z tego przeszkadza ci to?
-Ależ skąd. My przynajmniej wiemy czego chcemy.
Gondola zatrzymała się i wyszli z niej. Richard niósł Elizabeth na rekach, a Henry machał do ladacznic przechadzających się po uliczkach. Gdy dochodzili do kamienicy, w której mieszkali jedna z nich złapała go za rękaw.
-Co jest Fiono. - spojrzał na hiszpańską dziewczynę. Ta powiedziała dwa słowa po hiszpańsku i zniknęła w jednej z kamienic. - Idź już do domu. - powiedział nie patrząc na blondyna. - Ja będę za parę minut. - po tych słowach zniknął w kamienicy, do której wcześniej weszła hiszpanka.

15 czerwca 1735 roku


Ocknęłam się z potwornym bólem głowy. Pokój wypełniał się promieniami słońca i zapachem Świerzych kwiatów. Podparłam się na łokciach i rozejrzałam się po pokoju. Przy otwartym oknie siedział Richard, a tuż przed nim stał wazon pełen kwiatów.
-Witaj. - powitałam go z uśmiechem na twarzy.
-Witaj. - odwrócił się i także uśmiechnął. Podszedł do mnie, ukucnął i delikatnie pocałował. - Jak się czuje moja dama?
-W ogóle nie pamięta tego co się stało po herbacie. - złapałam się za głowę. - Zupełnie jakby ktoś pozbył się wszystkich moich wspomnień.
-Nie pamiętasz jak byliśmy na kolacji u pana Thundera? - spytał a ja pokręciłam głową. - Musiałaś być naprawdę zmęczona. Z resztą można to również stwierdzić po tym, że spałaś do trzeciej.
-Jest trzecia? - spytałam zaskoczona, a złotowłosy skinął głową.
-Zdążyłem nawet wrócić z pracy. A to znaczy, że mam więcej czasu dla ciebie. - odgarnął z mojej twarzy kosmyk włosów. - A henry przedstawił mi nawet swoją ukochaną.
-Henry ma ukochaną? - spytałam zaskoczona.
-Owszem. Hiszpankę, ma na imię Fiona. Spotkałem, także gospodynię pana Thundera.
-Henry ma narzeczoną. Mogę ją poznać?
-Z tego co wiem SA dość zajęci w jego pokoju. - na jego twarzy pojawił się nieznany mi uśmiech.
-A kiedy wyjdzie?
-Myślę, że z chęcią cię pozna. A Henry powiedział mi, oczywiście w tajemnicy, że chce się jej oświadczyć. Pewnie właśnie teraz prosi ją o rękę. - uśmiechnęłam się i pokręciłam pierścionkiem na moim palcu.
-Pewnie Fiona jest pod wrażeniem jego śmiałości. Henry wydaje się być nieśmiały.
-Nie wątpię. - odparł. - Chciałem cię jeszcze zapytać, czy nie poszła byś ze mną na bal
-Oczywiście. - Richard uśmiechnął się promiennie.
-Organizuje go pan Truscotti. Zapewne go pamiętasz? - spytał, a w mojej pamięci odtworzyły się niemiłe wspomnienia.
-To te co chciał mi włożyć rękę pomiędzy uda?
-Nie chciał kochanie, przecież wiesz, że ma żonę. A właściwie miał, bo okazało się, że zdradzała go z wieloma mężczyznami i udało mu się uzyskać rozwód od papieża. - poczułam jego ręce na swoich. - Pójdziesz dla mnie?
-Dla ciebie? - skinął głową. - Z przyjemnością. - kolejny anielski uśmiech.
-Wiesz, że cię kocham prawda? - zapytał nagle.
-Dlaczego o to pytasz?
-Wiesz prawda? - zacisnął dłonie na moich rękach. Skinęłam głową. - I wiesz że nic tego nie zmieni?
-To chyba oczywiste. - odparłam i poczułam jego usta na swoich. Powoli usiadł na łóżku i zarzucił moje ręce na swoją szyję.
-Kocham cię. - wyszeptał i wyszedł z pokoju.

Noc 15 czerwca 1735 roku

Carolin cichutko wyszła ze swojej sypialni. W ręce trzymała pęk kluczy, który zaledwie godzinę temu ukradła Marine. W domu panowała grobowa cisza, którą przerywało tylko spokojnie tykanie zegara. Powoli przeszła przez labirynt korytarzy dla służby, które co chwilę skręcały, tylko po to aby zakończyć się ślepym zaułkiem, który w rzeczywistości był tylko ukrytym przejściem, oraz schodziły w dół aby po chwili ostro piąć się w górę. Wyszła przed komnatą swojego pana i otworzyła drzwi drobnym, mosiężnym kluczem. Weszła do ciemnego pokoju, i przystanęła na chwilę, aby przyzwyczaić wzrok do ciemności. Przed sobą ujrzała zarys łoża i śpiącej w nim postaci. Wolnym krokiem zbliżyła się do łóżka i zsunęła z siebie koszulę nocną. Powoli zdjęła kołdrę i przyjrzała się Williamowi pogrążonemu w śnie. Pod koszulą miał spodnie, które nabył u pewnego kupca na bliskim wschodzie.. Ostrożnie zdjęła z niego górną część stroju nocnego i zaczęła błądzić rękoma po jego torsie. Weszła na łoże i uważając aby nie zbudzić ciemnowłosego usiadła na nim w rozkroku. Czuła jak serce bije jej przyspieszonym rytmem. Jeszcze nigdy nie czuła się tak przy żadnym mężczyźnie. Nawet dzisiejszego popołudnia, gdy jej ciało rozpalały namiętne pocałunki Richarda Flewa. Jej ręce powoli skierowały się ku kroczu mężczyzny i już miała zsunąć spodnie z bioder arystokraty, gdy w pokoju rozbrzmiał zaspany głos.
-Carolin? Co ty tu robisz? - William podparł się na łokciach i jedną ręka przetarł oczy po czym spojrzał najpierw na twarz dziewczyny, a potem przesunął wzdłuż jej rąk. - Czemu do cholery jesteś naga i próbujesz ściągnąć ze mnie spodnie?! - wrzasnął a jego głos rozniósł się po całym domostwie budząc wszystkich. Szybkim ruchem strącił z siebie dziewczynę, zarzucił na nią kołdrę i wyskoczył z łoża. - Co się z tobą dzieje!?
W tym momencie do pokoju wpadła cała służba i stanęła jak wryta w drzwiach. Nie spodziewali się takiego widoku. Myśleli, że ujrzą mordercę lub włamywacza, a nie gospodynię leżącą w negliżu na łóżku oraz swojego pana, który zdaje się skarcił ją za złą posługę.
-Panie... - odezwała się Marine.
-Kto ją tu wpuścił! - wydarł się ciemnowłosy.
-Myślałam, że tego chcesz. - Carolin wstała z łoża i próbowała zbliżyć się do swojego pana, ale ten szybko wycofał się w stronę drzwi. - Widać się myliłam.
-Czy kiedykolwiek dałem ci jakiś powód, żebyś tak myślała!? - Will nie potrafił się opanować, sadził, że wyraził się jasno kiedy pocałowała go po wyjeździe gości.
-Nie, ale…
-No właśnie! Od dzisiaj rolę gospodyni Marine, a ty nie masz od dzisiaj do roboty nic innego jak pranie i sprzątanie rozumiesz?! A do tej komnaty nie masz wstępu!
-Ale… - w oczach dziewczyny pojawiły się łzy. William podniósł z ziemi klucze i podał je Marine.
-Następnym razem lepiej ich pilnuj. - powiedział ostro, a kobieta spuściła wzrok.
-Dlaczego ty mnie nie pragniesz?! - wykrzyczała Carolin przez łzy. - Robię dla ciebie wszystko, a ty nawet na mnie nie spojrzysz! Oddaję ci się, a ty nie chcesz mnie wziąć! Nie widzisz, że należę do ciebie?! I nie tylko jako służąca, ale także jako kobieta! Dlaczego nie możesz mnie pragnąć, tak jak ja pragnę ciebie! Oglądasz się za kobietami, które są zaręczone, a nie patrzysz na te, które są przy tobie przez całe życie!
-Jesteśmy tylko przyjaciółmi!
-W takim razie zrób mi przyjacielską przysługę i weź mnie! Tu i teraz!
-Jesteś opętana! Zachowujesz się jak ladacznica! - krzyknął jej w twarz i wyszedł z pokoju zostawiając nagą dziewczynę zalaną łzami i służbę w swojej komnacie. Zszedł do bawialni wyjął list do siostry po czym pospieszył do stajni, osiodłał jednego z koni i ruszył w stronę Wenecji.

komentarze [0]





Story

| Book | Heroes |
| Love me | Me... |

Chapters

Prolog | I cz. I | I cz. II | II

Lay

By: Camile only for code-of-secrets
Pictures * | * Don't copy!

Inspiration